Mick Herron "Tajne godziny"
Gdzie się ukryjesz, gdy
przykrywka zacznie się sypać?
Mick Herron zabiera czytelnika w
świat brytyjskich służb specjalnych, tajemnic, dawnych spraw i
ludzi, którzy zdecydowanie mają coś do ukrycia. „Tajne godziny”
to powieść szpiegowska pełna intryg, politycznych rozgrywek,
tajnych dokumentów i wydarzeń, których konsekwencje sięgają
wiele lat wstecz.
Dwa lata wcześniej powołano komisję
Monochrome, której zadaniem było zbadanie działalności
brytyjskich służb specjalnych i wykrycie ewentualnych
nieprawidłowości. Griselda Fleet i Malcolm Kyle otrzymują dostęp
do poufnych archiwów, jednak szybko okazuje się, że ich praca
wcale nie będzie łatwa. Ktoś konsekwentnie próbuje utrudniać
działalność komisji. W pewnym momencie pojawia się tajemnicza
teczka z napisem „Otis”, a wraz z nią coraz więcej pytań. Co
wydarzyło się w Berlinie tuż po zjednoczeniu Niemiec? Dlaczego
niektórzy ludzie zrobią wszystko, by pewne informacje nigdy nie
ujrzały światła dziennego?
Przyznam szczerze, że mam wobec tej
książki bardzo mieszane uczucia.
Początek bardzo mnie
zaciekawił. Była akcja, pojawiło się napięcie, pościg i
ucieczka, a tajemnicza historia od razu wzbudziła moją ciekawość.
Pomyślałam wtedy, że zapowiada się naprawdę dobra powieść
szpiegowska. Niestety, im dalej zagłębiałam się w historię, tym
bardziej tempo zaczęło zwalniać. Pojawiło się sporo długich
opisów i szczegółowych rozmów, przez co momentami miałam
wrażenie, że fabuła stoi w miejscu.
W drugiej części książki
ponownie zrobiło się ciekawiej i pojawiło się więcej elementów,
które przyciągnęły moją uwagę. Nadal jednak brakowało mi tego,
co najbardziej lubię w tego typu historiach – dynamiki, napięcia
i poczucia, że za chwilę wydarzy się coś ważnego. Kilka razy
miałam ochotę odłożyć książkę i do niej nie wracać, ale
postanowiłam dać jej szansę i dotrwałam do końca.
Sam pomysł
na fabułę uważam za bardzo interesujący. Komisja powołana do
zbadania działalności służb specjalnych, tajne akta, świadek,
dawne wydarzenia i ludzie, którzy zrobią wiele, aby prawda nie
wyszła na jaw – to wszystko miało ogromny potencjał. Momentami
zastanawiałam się jednak, dokąd właściwie zmierza cała historia
i jaki jest prawdziwy cel komisji. Szczególnie dziwiło mnie to, że
komisja mająca badać działania służb miała tak ograniczony
dostęp do najważniejszych informacji.
Autor bardzo dokładnie
buduje świat brytyjskich służb. Znajdziemy tutaj szpiegów,
urzędników, polityków, ich asystentów, karierowiczów i ludzi
zmęczonych swoją pracą. Każdy z nich ma swoje interesy, sekrety i
własną wizję tego, co powinno pozostać tajemnicą. I właśnie te
„tajne godziny”, kiedy bohaterowie przestają odgrywać swoje
oficjalne role, pokazują ich prawdziwe oblicza.
Nie mogę
powiedzieć, że książka jest zła. Wręcz przeciwnie – widać,
że Mick Herron miał przemyślany pomysł na całą intrygę i
zadbał o szczegóły. Problem polega na tym, że tym razem sposób
prowadzenia historii nie do końca trafił w mój gust. Lubię
kryminały i thrillery, w których akcja jest dynamiczna, napięcie
rośnie z każdą stroną, a książkę trudno odłożyć nawet na
chwilę. Tutaj tego napięcia chwilami zdecydowanie mi
brakowało.
„Tajne godziny” to książka, która z pewnością
znajdzie swoich odbiorców. Dla osób lubiących spokojniejsze,
bardziej rozbudowane powieści szpiegowskie, polityczne intrygi i
skomplikowane zależności między bohaterami może okazać się
bardzo dobrym wyborem.
Ja jednak spodziewałam się czegoś
innego. Początek rozbudził moje oczekiwania, a później tempo
historii nie zawsze za nimi nadążało. Fabuła miała potencjał,
tajemnice były interesujące, ale zabrakło mi większej dawki
emocji i akcji.
Tym razem nie była to książka, która
całkowicie mnie porwała, ale mimo wszystko cieszę się, że dałam
jej szansę i dotarłam do końca.
Dziękuję Stowarzyszeniu SZTUKATER za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Komentarze
Prześlij komentarz