Ewelina Dyda "Zła waluta"
„Zła waluta” autorstwa Eweliny Dyda to kryminał osadzony w
Tarnobrzegu – mieście, w którym, jak ironicznie zauważa jeden z
policjantów, ludzie najbardziej pragną spokoju. Głównym bohaterem jest
prywatny detektyw Jakub Rau, który na co dzień zajmuje się raczej
prozaicznymi sprawami: śledzeniem niewiernych małżonków, piciem piwa z
kubka z podobizną Humphreya Bogarta oraz słownymi potyczkami z
Chandlerem – czarnym kotem o morderczych skłonnościach. Ta codzienna
rutyna zostaje przerwana, gdy w mieście dochodzi do brutalnego zabójstwa
młodej studentki.
Sprawa od początku wydaje się
oczywista – podejrzany zostaje schwytany na miejscu zbrodni. To chłopak
ofiary, mający kryminalną przeszłość i arabskie pochodzenie. Idealny
winny, zwłaszcza w społeczności, w której – jak znów słyszymy –
„przymykać swego jakoś głupio”. Jedyną osobą wierzącą w jego niewinność
jest matka, Olga, która zleca Jakubowi odnalezienie prawdziwego
mordercy. Śledztwo w mieście, gdzie wszyscy wszystko o sobie wiedzą,
okazuje się jednak wyjątkowo trudne, zwłaszcza że mieszkańcy niechętnie
dzielą się informacjami, o ile nie zostaną wynagrodzeni w odpowiedniej
„walucie”.
Autorka porusza istotne kwestie
społeczne, takie jak uprzedzenia, mechanizmy kozła ofiarnego czy
zamknięcie małych społeczności na prawdę, która mogłaby zakłócić ich
pozorny spokój. Robi to z pewną lekkością i gorzkim poczuciem humoru, co
należy uznać za jeden z mocniejszych elementów powieści. Również
okładka, tytuł i opis wydawniczy skutecznie zachęcają do sięgnięcia po
książkę.
Niestety, sama fabuła nie spełnia obietnic
dobrego, wciągającego kryminału. Akcja rozwija się dość ospale, dialogi
bywają mdłe, a postacie – mimo interesujących założeń – pozostają
nijakie i mało pogłębione psychologicznie. Najlepiej wypadają opisy
miasta, które nadają powieści klimat i stanowią jej największy atut,
podobnie jak samo zakończenie, ratujące ogólny odbiór książki.
Na
minus należy zaliczyć również narrację. Choć prowadzona głównie w
pierwszej osobie z perspektywy Jakuba Rau, momentami przechodzi w
narrację obserwatora. Zabieg ten nie wnosi jednak dodatkowej głębi –
obie perspektywy są powierzchowne, oszczędne i ubogie w informacje.
Czytelnik może odnieść wrażenie, że stoi z boku wydarzeń, jak intruz
próbujący zajrzeć do cudzej, niedostępnej historii.
„Zła
waluta” czyta się szybko, ale bez większych emocji. To książka, która
miała potencjał – ciekawy bohater, lokalne tło i ważne tematy społeczne –
jednak nie została w pełni wykorzystana. Ostatecznie pozostawia
poczucie niedosytu i raczej nie zapada w pamięć na dłużej.

Komentarze
Prześlij komentarz